o literaturze współczesnej XX i XXI wieku
tybetwatch


Subskrypcja
blog.literacki
(nowe teksty)

Twój email

dodaj usuń


----------------
Zaprenumeruj poprzez:


Add to Technorati Favorites

Add to Google

Add to My Yahoo!





niedziela, 18 marca 2007
Pedały wynocha!

Język nienawiści IV RP


Ministerstwo Edukacji ustami sekretarza stanu Mirosława Orzechowskiego po raz kolejny wywaliło tolerancję za drzwi. Ostatecznie nie wiadomo czy nauczyciele-geje ostoją się w pracy. Ciekawe kiedy przyjdzie czas na uczniów-gejów? Minister wyraził także swoje publiczne obrzydzenie do samego słowa homoseksualizm. Panie Ministrze, jak się Panu udało skończyć tyle szkół i nie natknąć się na gejów w literaturze czy teatrze (o żywych osobach już nawet nie wspominam)? Udawał Pan, że nie wie, nie widzi?


Jak nasz minister uczył się polskiego, historii teatru i dziennikarstwa, nie wiem – pozostawiam to jego sumieniu. Dziwi mnie tylko ta ministerialna przypadłość – obrzydzenie do mówienia o czymś, co występuje w literaturze, sztuce od jej początków. Musiało być Panu trudno, Panie ministrze. W każdym razie mam dla Pana dobrą i złą wiadomość. Zacznę od złej. Literatura z wątkami gejowskimi rozprzestrzenia się po Polsce jak kraj długi i szeroki. A dobry news jest taki: to jest bardzo dobra literatura, można z niej coś wynieść. I z całą pewnością nie będzie to zarażenie się homoseksualizmem. Tego naprawdę nie da się zrobić!

Polecam Panu dwie stosunkowo nowe książki: „Linię piękna” Alana Hollinghursta i „Eroticę alla polacca. Nowele dramatyczne.” Bartosza Żurawieckiego. Proponuję zacząć od tej drugiej, jest zresztą napisana przez Polaka, więc powinna być bliższa sercu LPRowca.

Żurawiecki, znany dziennikarz zajmujący się głownie tematyką filmową, skomponował trzy zabawne teksty. Pierwszym jest „Najsłabsze ogniwo”. To spotkanie dresiarza z intelektualistą. Spotkanie dość niezwykłe, bo autor skupia się na szczególe. Przyczyna spotkania jak i późniejsze rozmowy tych dwóch osób, a właściwie dwóch światów jest, wypisz wymaluj, mikroskalą zderzenia prostego światopoglądu podwórkowej prawicy z normalnością. Rozmowy są, ale dialogu nie ma. Dyskusja prowadząca do czegokolwiek sensownego jest po prostu niemożliwa. Dla wykształciucha Gabriela świat seksualny, homoseksualny jest tylko jednym z elementów jego życia. Dla dresiarza Miecia, stanowi przyczynę, skutek i tło wszelkich wydarzeń, zanurzonych, rzecz jasna, w sosie hipokryzji.

W drugiej i trzeciej nowelce „Sekstet” i „Przepołowienie” autor podśmiewa się ze swoich bohaterów, widząc w nich jednak zwykłych ludzi. Z przywarami, potrzebami, dziwactwami. Niektóre momenty są tak dobrze napisane, że aż okropne. Nie można odmówić Żurawieckiemu zmysłu obserwacji. Uchwycenie szczegółu, tego momentu kontaktu jednego z drugim jest tu strasznie mocne.

Zupełnie inną formę ma „Linia piękna” Hollinghursta, choć treść jest właściwie podobna. Inna jest oczywiście scenografia – nie duszna Polska, ale (zdawałoby się) tolerancyjna Wielka Brytania. Hollighurst również skupia się na tej linii zderzenia świata homo z prawicą. I także pokazuje paradoksy obu światów. Najważniejsze sceny dotykają cechy – immanentnie związanej z polityką – chodzi oczywiście o zakłamanie. Trudno go uniknąć, gdy jest się wyznawcą prawicy i jednocześnie gejem. Jeśli się nie przeprowadziło coming outu, to nigdy nie będzie się branym poważnie (oczywiście przez ludzi świadomych otaczającej ich sfery polityki). Swoją drogą, kiedyś także w Polsce pojawił się pomysł, by ogłaszać publicznie, kto z prawicowych polityków jest ukrytym gejem (chodzi do klubów gejowskich, w nieoficjalnych sytuacjach pokazuje się z kochankiem, itd.). Chodziło o zdyskredytowanie politycznych hipokrytów.

Wracając do „Linii piękna”. Autor pastwi się nad swoimi bohaterami, choć jest to oczywiście pastwienie z morałem. Zręcznie pokazuje nowobogackich (w starej Brytanii!) z ich, co prawda wyrobionym gustem, salonową ogładą, polityczną poprawnością, ale z wyłażącym od czasu do czasu brakiem klasy, arogancją i prawdziwie wulgarną naturą. Z drugiej strony widać także cierpienie młodego człowieka, jego tęsknotę za uznaniem, bogactwami. Jego zablokowanie spowodowane istnieniem barier międzyklasowych, choć jego subtelność, wrażliwość i wyczucie piękna niejako naturalnie predestynują go do zajęć czy stanowisk, zajętych już przez ludzi sprytniejszych i mniej czułych na innych. Ale może i jego zachowanie jest tylko pewną iluzją – wszyscy w tej powieści grają swój własny teatr. A jeśli już jesteśmy przy temacie teatru, to chyba nadszedł najwyższy czas, by ministrowie Orzechowski i Giertych zeszli wreszcie ze sceny.


Znalezione w Internecie:

Wypowiedzi ministra Orzechowskiego (pl.)
Łaskawość premiera Kaczyńskiego (pl.)
Homofobia zniszczy szkoły (pl.)
Protest ZNP (pl.)
Protest KPH (pl.)

  

Wydanie polskie:
Sic! 2005

"Erotica alla polacca.
Nowele dramatyczne."


Bartosz Żurawiecki



Autor trzech nowel, Bartosz Żurawiecki.
Foto: © Sojuz,
dzięki uprzejmości autora książki.



Wydanie polskie:
MUZA 2005

Przekład (z angielskiego):

Lesław Haliński

Tytuł oryginału (2004):

The Line of Beauty

poniedziałek, 12 marca 2007
"Faktoria jedwabiu"

Faktoria biedy


Autor, będąc w Warszawie ostrzegał czytelników swojej pierwszej książki przed próbą wyczytania czegoś, czego w powieści nie ma. Myślę, że to przejaw skromności z jego strony.




Znalezione w Internecie:

Wywiad z pisarzem (pl.)
Strona pisarza (ang.)
O pisarzu (ang.)
O Malezji (pl.)
British Council (pl.)
Polski wydawca (pl.)
  „Faktoria jedwabiu” rzeczywiście nie jest moralitetem czy traktatem filozoficznym. Ale tak chyba też miało być. To ciekawa powieść opisująca fragment historii ludzkiego życia w egzotycznym (z naszego punktu widzenia) świecie. Ta egzotyka, to nie tylko Malaje, to przede wszystkim pokręcone losy państw, które nie dość, że przez dziesiątki czy setki lat były koloniami europejskich potęg, to w dodatku zostały zamieszane w II wojnę światową. Do tego wszystkiego mamy wątły ruch narodowowyzwoleńczy i w końcu także komunistów, którzy zrobili się monopolistami na rynku idei wolnościowych. Zresztą jaki to komunizm? Szefem partyzantki jest właściciel dobrze prosperującego sklepu, który w pewnym momencie sam zaczyna się zastanawiać nad, nazwijmy to dualizmem swojego życia. Wyzwolenie to jedno, ale pieniądze to zupełnie inna sprawa. Idee szczytne, ale jak przychodzi co do czego...

Sama partyzantka też jakaś taka niemrawa. Jasne, że nie można oczekiwać cudów po biedakach, którzy nawet nie potrafią czytać, ale z drugiej strony tylko do takich ludzi trafiają komunistyczne argumenty – oczywiście jeśli nie liczyć kawiorowej lewicy Europy Zachodniej. Symptomatyczne, że komunistyczną partyzantkę finansują ludzie, którzy czerpią z kapitalizmu.

Sprawa partyzantki i komunizm to tylko jeden z wielu wątków książki, nawet nie najważniejszy, choć stale przewijający się między scenami opowieści. Warto jednak odnotować, że – jak mówił sam autor – komunistyczna prasa we Włoszech zarzucała mu, że nie uwypuklił wystarczająco dobrze tych wszystkich dobrych rzeczy do których przyczynił się komunizm podczas i po II wojnie światowej. Ciekawe co mieli na myśli?

Tash Aw pokazuje schyłek pewnej epoki. Oczywiście rozkład kolonializmu nie nastąpi z dnia na dzień, ale widać już jakiś ferment, choć może nie do końca uświadamiany. W tej zupie wydarzeń II wojny światowej, dziwnej partyzantki, podejrzanych interesów, śmiesznych (i tragicznych!) stosunków społecznych, człowiek jako jednostka zszedł na dalszy plan. W Azji, życie ludzkie nigdy zresztą nie miało zbyt wielkiej wartości – to cecha charakterystyczna społeczeństw niezachodnich.

Faktoria jedwabiu jest więc przede wszystkim opowieścią o próbie przemiany człowieka. O tym, jak środowisko zewnętrzne próbuje urabiać jednostkę, a skostniałe struktury społeczne rozkładają kraj od wewnątrz. Bardzo ciekawy zabieg narracyjny zastosowany przez autora doskonale to obrazuje. Widzimy (często te same) wydarzenia oczami różnych ludzi, pochodzących z innych klas społecznych, co szczególnie w pierwszym momencie takiej zmiany narracji jest dość zaskakujące. Po prostu obraz świata, tego małego, lokalnego gwałtownie się zmienia. Przez chwilę zastanawiałem się nawet czy to nie jakiś błąd warsztatowy debiutującego pisarza? Jednak nie, to jest zamierzony zabieg, co widać po przeczytaniu dalszych rozdziałów książki.


Wydanie polskie:
MUZA 2007 (luty)

Przekład (z angielskiego):
Magdalena Jatowska

Tytuł oryginału (2005):
The Harmony Silk Factory


piątek, 02 marca 2007
Wszyscy jesteśmy Europejczykami

Western Europe map
Originally uploaded by coda.
To zabawne jak autor nazwał swój kolaż
mapy Europy. Może gdyby wcześniej uczył się
historii Europy...

Historia Europy dla Europejczyków


Wspólny europejski podręcznik do nauki historii to świetny pomysł. Wreszcie trzeba się będzie skonfrontować z niewygodnymi czy przemilczanymi faktami, które są w historii każdego kraju.


Oczywiście dla ludzi pokroju Giertycha czy Wierzejskiego, to niedopuszczalne, bo przecież nasza historia jest nieskazitelna, a polski punkt widzenia, to prawda nieomal obiektywna.

Prawicy w głowie się nie mieści, że młodzież mogłaby przeczytać, że dane wydarzenie oceniane jest w różny sposób w różnych krajach. W wielu przypadkach byłoby pewnie tak, że coś, co jednym kraju jest niesamowicie istotne i czasami rzutuje wręcz na politykę dnia dzisiejszego w innym kraju jest ledwo zauważalne i nie zajmuje więcej niż jeden akapit na stronie. Ale właśnie to mógłby taki podręcznik pokazywać! Szkoły w Europie Zachodniej właściwie nie uczą o wydarzeniach jakie miały miejsce w naszej części Europy - pewnie poza Jagiellonami i Cesarstwem Austro-Węgierskim. To świetna okazja, by przestali się dziwić, że Polska nie jest państwem, które powstało w dziwnych okolicznościach w okolicy lat 20. minionego stulecia. Tak samo my moglibyśmy wreszcie nieco bardziej pochylić się nad tym, co robiły, dajmy na to, państwa kolonialne w okresach swojej świetności i jaki ma to wpływ na wydarzenia dzisiejsze.

Mówiąc krótko, chodzi o to, by pozwolić uczniom myśleć. Co prawda i teraz zainteresowany uczeń może iść do biblioteki i wypożyczyć książkę o historii danego kraju, ale nie o to chodzi. Żyjemy w Europie i mamy wspólną historię. Podręcznik umacniałby poczucie europejskiej tożsamości - historia Europy, z różnych punktów widzenia. Zresztą wydaje mi się, że wbrew temu, co twierdzą eurosceptycy i prawica, podręcznik taki powstanie wcześniej niż się to komukolwiek wydaje. Dlaczego? Bo jest na to zapotrzebowanie. Młodzi ludzie, dzisiejsi uczniowie, dzięki Internetowi mają naprawdę masę aktywnych znajomych na całym kontynencie, których odwiedzają przemieszczając się masowo tanimi liniami po Europie. Bariera językowa dla młodych ludzi nie ma właściwie znaczenia - każdy jako tako zna angielski, a jeśli nie, to każdy język na poziomie podstawowej komunikacji można dziś poznać w kilka miesięcy i to - nie oszukujmy się - bez większego wysiłku. Nie chodzi przecież w takich wypadkach (czy nam się to podoba czy nie) o gramatyczną poprawność - chodzi wyłącznie o zrozumienie. Przyjaźniąc się mimowolnie zahacza się o wydarzenia historyczne ? często są to momenty przełamywania wydarzeń uważanych za tabu.

Nie ma więc powodu, by w obecnej, tak mobilnej Europie, nie pokazywać uczniom wydarzeń z różnych punktów widzenia. Powiem więcej. Wbrew temu co twierdzi polski Minister Kultury Michał Ujazdowski, że wspólny podręcznik to iluzja , opisywanie i uczenie historii głoszące ex cathedra opinię jednego tylko zaangażowanego w dane wydarzenie kraju, zaczyna wyglądać sztucznie, niedługo będzie śmieszyć, a potem irytować. Jasne jest, że istnieje ryzyko relatywizacji na przykład zbrodni, ale przecież to nie będzie głosowanie: kto za tym, że Brytyjczycy grali uczciwie w Irlandii? Taki podręcznik ma pokazywać stan wiedzy, nastrojów i ocen u poszczególnych narodów. A gdyby pojawiały się u czytelników problemy w zrozumieniu, to przecież dalej historii będzie uczyć nauczyciel, a nie jakaś maszyna.
 
1 , 2