o literaturze współczesnej XX i XXI wieku
tybetwatch


Subskrypcja
blog.literacki
(nowe teksty)

Twój email

dodaj usuń


----------------
Zaprenumeruj poprzez:


Add to Technorati Favorites

Add to Google

Add to My Yahoo!





środa, 25 kwietnia 2007
Kapcie potwora

Matnia


Wydawnictwo „Nowa Proza” weszło na rynek z dość mocnym uderzeniem. Wydali komiks dla dorosłych pt. „Kochać zbyt mocno (kapcie potwora) czyli o tym jak wygląda przemoc domowa”. Opowiedziana, a raczej narysowana tam historia nie jest może zbyt odkrywcza, ale z pewnością jej nowa forma mocniej zwraca uwagę na przedstawianą treść.


 


Początek wygląda zawsze tak samo: sielanka!


Opowieść dotyka tematu przemocy w rodzinie. Owszem, było o tym tysiąc razy, ale ta wersja przemawia do czytelnika – przynajmniej do mnie – znacznie szybciej i w sposób o wiele bardziej gwałtowny. Może dlatego, że autorka, ukrywająca się pod fałszywym imieniem i nazwiskiem jako Rosalind B. Penfold, opisuje w książce własne doświadczenia? W czasie tych dramatycznych zmagań ze sobą, potworem i resztą świata prowadziła rodzaj rysowanego dziennika. Dzięki temu, po zakończeniu tego strasznego okresu w swoim życiu, mogła zrobić coś dla innych kobiet, będących w podobnej sytuacji.



Kolejna odsłona potwora: Jekyll & Hyde


To rysunkowe opowiadanie wydaje się być niesamowicie uniwersalne. Pokazuje coś w rodzaju podstawowej wersji miłości przeradzającej sie w potworną zależność i przemoc domową. Oczywiście można bez problemu wyobrazić sobie dziesiątki innych, podobnych sytuacji prowadzących do tego samego – dziwacznego uzależnienia od domowego potwora.

Ta bardzo skomplikowana sytuacja psychologiczna zawsze wywołuje u postronnych osób komentarze typu: „no, chyba przesadzasz”, „wyglądacie na tak dobraną parę”, „pamiętaj o dzieciach, nie rób nic pochopnie”, czy wreszcie „no jeśli jest tak źle, to dlaczego po prostu nie odejdziesz”. Gdyby tego typu sytuacje można było tak łatwo rozwiązać, nie mielibyśmy problemu przemocy domowej. Oczywiste jest, że z różnych powodów sytuacje te są zagmatwane, a osoby w nie uwikłane same sobie z problemem raczej nie poradzą.

Istotny w takich historiach jest także kontekst kulturowy, model społeczny, obyczajowy. Jasne jest, że łatwiej będzie rozwiązać taki problem mieszkając w wielkim mieście i dysponując środkami finansowymi niż mieszkając w niewielkiej miejscowości czy wręcz na wsi i będąc uzależnionym finansowo od potwora. Jednak i w jednym i drugim przypadku trzeba w końcu powiedzieć „nie!” i przerwać chocholi taniec potwora z depresją.



Przemoc domowa, wcześniej czy później,
rozlewa się na wszystkich czlonków rodziny.


Czytając ten zapis kilku lat życia Rosalind, zastanawiałem się, jak to możliwe, by w ogóle można było doprowadzić do takiej sytuacji. Sytuacji pozornie bez wyjścia.
Wydaje mi się, że są co najmniej dwie przyczyny. Po pierwsze (zewnętrzne) uzależnienie finansowe od partnera – szczególnie niebezpieczne w warunkach społeczeństw na dorobku, o stosunkowo niskiej kulturze prawnej i ostrej presji społecznej. Środki finansowe dramatycznie ułatwiają podjęcie decyzji – nie chodzi o to, że można ją wtedy podjąć pochopnie. Można się po prostu skupić na meritum sprawy – uczuciach, wydarzeniach, nie mając na głowie presji finansowej. Polka mieszkająca z potworem w niewielkim mieście, nie mająca własnych oszczędności – co jest przecież normą – nie podejmie decyzji „zabieram dzieci i odchodzę, bo dłużej tego nie wytrzymam”. Brak jakichkolwiek możliwości finansowych bardzo skutecznie blokuje rozpoczęcie normalnego życia.

"Winna jestem zawsze ja".


Po drugie (wewnętrzne), chyba dość późno udaje się ofierze rozpoznać sytuację. U Roz widać to bardzo wyraźnie. W pewnym momencie zaczyna się sama obwiniać, za to, że potwór jest potworem, choć jeszcze go tak nie nazywa. Taka niejasna, z psychologicznego punktu widzenia sytuacja utrzymuje się nieprawdopodobnie długo, co jeszcze bardziej nakręca całą spiralę potwornych emocji i niedobrych uczuć, wpędzając ofiarę w końcowej fazie w stan depresji, co jeszcze bardziej zaciemnia jej prawdziwy obraz sytuacji w jakiej się znalazła. Wydaje mi się, że poradzenie sobie z taką historią jest niemożliwe bez wsparcia z zewnątrz: psychologa, terapeuty, rodziny, mądrych przyjaciół.


Punkt krytyczny - jak się później czytelnik zorientuje,
nie jest to jednak "point of no return". Matnia.

 

Wydanie polskie:
NOWA PROZA 2007

Przekład:
Joanna Figlewska

Tytuł polskiego wydania:
Kochać zbyt mocno (kapcie potwora)
czyli o tym jak wygląda przemoc domowa


Tytuł oryginału (2006):
Dragonslippers





Skany stron i okładki książki
dzięki uprzejmości wydawnictwa Nowa Proza.

piątek, 20 kwietnia 2007
Książki i róże

Do poniedziałku damy plamę?


To takie trochę oficjalne i dęte, ale niech tam... W poniedziałek obchodzimy na świecie Międzynarodowy Dzień Książki i Praw Autorskich. Polska jak zwykle wypadnie kiepściutko.


Plakat UNESCO z okazji tegorocznego Dnia Książki


Właściwie nie wiem czemu ma ten dzień służyć? Promocji czytelnictwa? No to, widząc polskie imprezy, raczej nie spodziewałbym się zbyt wielkich sukcesów. Jedyne fajne wydarzenie, jakie wpadło mi w oko, to warszawska akcja „Tramwaj Zwany Pożądaniem”. Stary tramwaj będzie jeździł ulicami Warszawy, a co kilka przystanków będzie wsiadać do niego inny „ambasador czytelnictwa”. Będzie można z nim chwilę pogadać. W menu wypisano m.in. Filipa Bajona, Janusza Głowackiego, Zygmunta Miłoszewskiego (osławiony „Domofon”, a ostatnio „Uwikłanie”), Leszka Możdżera, Joannę Szczepkowską (nie lubię jej felietonów), Maciej Stuhra. Wygląda ciekawie.

A w innych miastach odbędą się głównie popołudnia i wieczory z pisarzami, jakieś zabawy dla dzieci i promocje książek, fajnie, ale trochę mało. Jedynie w Gdańsku będzie jeździł tramwaj literacki z aktorami w tle.

Tu można prześledzić program imprez (zresztą beznadziejnie zredagowany). A stąd wysłać do przyjaciela specjalną e-kartkę. A, i jeszcze te „róże” w nadtytule.


Plakat polskiego Dnia Książki


  





środa, 18 kwietnia 2007
Nie zabijaj książkami!

Czytanie - odruch bezwarunkowy?


Czy czytać kiczowate książki? Jeśli tak, to czy się do tego przyznawać? Czy czytelnik może zarzucić czytanie uznanej książki mówiąc, że to flaki z olejem? Czy możemy nie czytać? To tylko niektóre z pytań jakie stawia Francuz Daniel Pennac w swojej niewielkiej książeczce „Jak powieść”. Pyta i odpowiada.


„Jak powieść” jest sympatyczną książką odczarowującą obrzędowość czytania. Zaczyna się tak:

„Czasownik czytać nie znosi trybu rozkazującego. Niechęć tę dzieli z kilkoma innymi: z czasownikiem kochać, z czasownikiem marzyć...

Rzecz jasna, zawsze można spróbować. Proszę bardzo: Kochaj mnie!, Marz!, Czytaj!, Czytaj! No, czytajżeż, na litość boską, rozkazuję Ci czytać!
Idź na górę do swojego pokoju i czytaj!
"

Pennac bawi się z czytelnikami, pokazując domowe sytuacje związane z czytaniem, na przykład z namawianiem, albo wręcz rozkazywaniem nastolatkowi by czytał. Ten oczywiście nie protestuje, bo orientuje się już, że czytanie i książki to instytucje, katedry, których potrzeby istnienia i kontemplacji się nie kwestionuje. W końcu po to między innymi nakazuje się dzieciom chodzenie do szkoły. W tym momencie przyszła mi do głowy mała dygresja.

Wyborcza opublikowała w niedzielę tekst o tym, jak to niektórzy poloniści w szkołach sprawdzają w bibliotece czy i co ich uczniowie wypożyczają. W ten sposób mają zamiar sprawdzać oczytanie nastolatków i jednocześnie, zdaje się zliczają te książki, by potem brać udział w jakimś chorym konkursie, kto więcej przeczytał. Pomijając cały absurd tej akcji, zastanawiam się nad elementem prywatności, a właściwie jego braku. Nie za bardzo rozumiem dlaczego ktoś poza rodzicem ma sprawdzać, co czyta – czym zajmuje się w wolnym czasie – nastolatek?

Wracając do książki. Pennac przypomina także, że pęd do wiedzy, nauki czy w ogóle do czytania jest stosunkowo nowy. To, tak naprawdę znak dopiero naszych czasów. Przywołuje zresztą przykład własnych doświadczeń. Urodził się w 1944 roku, w Casablance. W latach 1969-95 był nauczycielem francuskiego w liceach paryskich i Soissons. Jak wspomina, w jego pokoleniu rodzice raczej zabraniali czytania.

„ - Dajże już spokój z tym czytaniem, ile można, wzrok sobie popsujesz!
Lepiej idź się pobawić na dworze, taka piękna pogoda.
Zgaś światło! Już późno!

Oj tak, za naszych czasów w dzień zawsze była zbyt ładna pogoda, żeby czytać, w nocy robiło się zbyt ciemno.”

Podobnych sytuacji opisuje więcej. Postawieni przed wyborem filmu w telewizji i zaczętej już książki, niemal zawsze wybieramy film. Mądrzymy się o znanych powieściach nie dopuszczając myśli, że nawet oczytana osoba może mieć w nosie klasykę literatury. Nie znając do końca książki, albo nie do końca ją rozumiejąc zaczynamy, w rozmowie z nastolatkiem, po prostu owijać w bawełnę. Wystarczy nieco górnolotnych słów, wyrzucenie z siebie dwóch, trzech wielkich idei i gotowe. W najlepszym przypadku zostaje nam jeszcze kilka lat zanim nasze dziecko odkryje, że coś bredzimy, a książki mówią, tak naprawdę, o czym innym.

Książka Pennaca nie jest w żadnym stopniu odkrywcza, ale fantastycznie „porządkuje” nasze doświadczenia z czytaniem i uświadamia różne tabu, których nie chcemy zazwyczaj naruszać. Opisanych sytuacji przerabialiśmy w życiu setki. Także te, że tak powiem odwrotne, zdarzały się chyba każdemu – choć już nie tak często. Mam na myśli sytuację, w której spotykamy osobę zarażającą czytaniem. Z najróżniejszych powodów. Pennac opisuje nauczyciela (chyba w liceum, nie pamiętam), który nieco trudniejszej młodzieży czytał powieści na głos. Efekty były niesamowite. Bo w czytaniu chodzi po prostu o rozrywkę, piękno i doznawanie emocji. O celebrowanie tego – z przeproszeniem – aktu twórczego. Dlatego literatura kioskowa, romanse produkowane taśmowo są wciągające, bo zaspokajają nasz apetyt na emocje. To jest jak magnes. Jednocześnie są oczywiście beznadziejnie odtwórcze. Podobnie jak opery mydlane w telewizji – teatr kukiełek. A czy je czytać? Jeśli mamy taką potrzebę, to oczywiście, że tak. Jeśli tylko nie opadnie nas bezdenne lenistwo, rozbudzimy w sobie także potrzebę wzięcia do ręki czegoś bardziej wartościowego. A z biegiem czasu, każdy dostrzeże wyrafinowanie i piękno literatury z tej nieco wyższej półki. Tak, w każdym razie, twierdzi Pennac.


Wydanie polskie:
MUZA 2007

Przekład:
Katarzyna Bieńkowska

Tytuł oryginału (1992):
Comme un roman



  


Znalezione w Internecie:

O autorze w Wikipedii (fr.)
Komiksy Pennaca (pl.)
Polski wydawca książki (pl.)

 
1 , 2