o literaturze współczesnej XX i XXI wieku
tybetwatch


Subskrypcja
blog.literacki
(nowe teksty)

Twój email

dodaj usuń


----------------
Zaprenumeruj poprzez:


Add to Technorati Favorites

Add to Google

Add to My Yahoo!





wtorek, 27 listopada 2007
Tam, gdzie ludzie są mili...

O emigracji

... i nie tylko. Rozmowa z Martą Zaraska, autorką książki "Zawieszeni".


Marta Zaraska,
fot. © Sławomir Zych
(dzięki uprzejmości
autorki książki)




 Artur Kowalczyk: Czujesz się zawieszona?

Marta Zaraska: Teraz tak. Nie mam w tej chwili żadnego domu... Nie mamy już domu w Kanadzie, w Polsce też już nie - w tej chwili mieszkamy przez chwilę u naszej rodziny - a za chwilę jedziemy do Francji.

Na ile losy bohaterów w Twojej książce, ich uczucia, wypływają z Twoich doświadczeń?

Losy mojej bohaterki są inne niż moje, choć oczywiście w jakiejś części nie są mi zupełnie obce. Pisząc książkę trochę przecież korzystamy z własnych doświadczeń. Nie wymyślamy wszystkiego od zera. Starłam się stworzyć bohaterkę, która przeżywa sytuacje, które mogą przytrafić się prawdziwym emigrantom. Taką trudną sytuacją jest stosunek rodziców Ewy do jej wyjazdu, mają do niej pretensje, że ich opuszcza. Ja na szczęście nie przeżyłam takich trudności - moi rodzice zawsze popierali moje decyzje. Ale słyszałam o wielu takich sytuacjach - rodzice tych osób odczuwali nawet pewien rodzaj zdrady, bo przecież potrzebują dzieci tu na miejscu. To zresztą jest zrozumiale, żaden rodzic nie chce, żeby jego dziecko odwiedzało go zaledwie raz czy dwa razy do roku.

Ile czasu zajęło Ci napisanie tej książki?

To bardzo trudne pytanie, bo nie siedziałam i nie pisałam jej cały czas, chociaż i takie dni bywały. Czasami pracowałam na pełny etat, co uniemożliwiało intensywną pracę nad książką. W sumie to były dwa lata. Czytam mnóstwo książek, wtedy m.in. o emigracji, socjologicznych, psychologicznych o różnicach kulturowych, i w tym kontekście o Europejczykach i Amerykanach.

Miałaś od razu pełną wizję książki czy rzeczy, a raczej akcja, sama się toczyła?

Myślę, że i jedno i drugie. Miałam pewną wizję książki, ale ulegała ona zmianie w trakcie pisania. Bohaterowie czasami protestowali i nie chcieli robić tego, o czym pierwotnie myślałam. Nie, to nie, nie będę ich zmuszać (śmiech).

Mieszkając w Kanadzie przyglądałaś się polskiej emigracji od wewnątrz?

I tak, i nie. Nie brałam udziału w pracach organizacji polonijnych, gazetkach, uroczystościach, itd., chociaż wiem, że w Calgary, gdzie ostatnio mieszkałam, tego typu działalność istnieje. Ale mam do czynienia z emigracją, bo wielu moich przyjaciół to emigranci z Polski.

Co Cię uderzyło w emigracji, jak wiesz mamy teraz największą falą emigracji w dziejach Polski.

Emigracja do Kanady jest trochę nietypowa. Wyjeżdża tam mniej osób, chociażby ze względu na odległość i istniejące jeszcze wizy. Znacznie więcej Polaków wybiera kraje europejskie, szczególnie Irlandię i Wielką Brytanię. Do Kanady jadą osoby, które właściwie liczą się z tym, że wyjeżdżają na stałe. Nie spotkałam w Kanadzie Polaka, który chciałby trochę tam popracować i za jakiś czas wrócić do Polski, co jest raczej jest typowe w przypadku wyjazdu do choćby wspomnianej już Irlandii. Samo zmierzenie się z różnicami kulturowymi wymaga ogromnej pracy i czasu - już choćby z tego powodu pokonanie oceanu tylko po to, by zatrzymać się tam na krótko, nie ma właściwie sensu. Te różnice objawiają się w wielu codziennych sytuacjach. Pamiętam jak pewnego razu w naszej skrzynce pocztowej pojawił się klucz. Klucz był zwykły, ale ponieważ doszedł bez słowa wyjaśnienia zaczęliśmy doszukiwać się coraz to bardziej niesamowitych wyjaśnień. Uruchamiając wyobraźnię, można było uznać to za początek wielkiej przygody, może nawet czegoś w rodzaju thrillera. W końcu okazało się, że jest to po prostu klucz do kolejnej (!) skrzynki pocztowej, tym razem przeznaczonej dla większych paczek.

Jak przebiega aklimatyzacja emigrantów?

Każdy przeżywa rozstanie, emigrację inaczej, ale zauważyłam, że kobiety znoszą to gorzej. Mężczyźni chyba mniej tęsknią, stosunkowo lepiej znoszą rozstanie z rodziną. Jedna z moich znajomych powiedziała mi nawet, że przez pierwsze 5 lat "wyła" z powodu rozstania. Kobiety częściej niż mężczyźni wracają do domu. Znam także sytuacje, w których kobieta postanawiała jednak wracać do kraju, ze świadomością, że mąż w Kanadzie jeszcze przez jakiś czas pozostanie.

Tęskni się za wieloma rzeczami, ale taką najczęściej wymienianą tęsknotą jest jedzenie. Właściwie na każdym spotkaniu w gronie Polaków, można usłyszeć "jakie to wspaniałe truskawki są w Polsce, ziemniaki" Zresztą ja też mam takie doświadczenia. Po powrocie z Polski do Kanady smarowałam chleb masłem i nagle się rozpłakałam. Mój mąż zapytał mnie co się stało, a ja mu odpowiedziałam, że to masło jest po prostu "niemaślane". Do tej pory śmiejemy się z tego niemaślanego masła. Takich sytuacji jest dużo. Tym bardziej, że to jest tylko pewien symptom większego zjawiska - szoku kulturowego.

Emigranci przez kilka etapów takiego szoku. Na początku jest etap turysty, kiedy to wszystkim się zachwycamy, jesteśmy podekscytowani. Po mniej więcej miesiącu następuje załamanie i postrzeganie wszystkiego w czarnych barwach - to właśnie wtedy mamy niemaślane masło. Wtedy też zaczynają się problemy ze zdrowiem - przeziębienia, ogólny spadek formy. I tu są dwie drogi; można się zatrzymać na tym trudnym etapie, albo zacząć się mimo wszystko przyzwyczajać do nowych sytuacji. Co ciekawe, gdy po kilku latach taka osoba wraca do Polski, to pomimo tego, że wraca do swojego kraju, także przeżywa pewien szok kulturowy, co jest dość zaskakujące. Zwłaszcza dla bliskich emigranta, którzy czasem nie rozumieją że moźna czuć się obco "w domu".

Jakie rzeczy najbardziej cię szokowały czy dziwiły w Kanadzie?

Choćby stosunek Kanadyjczyków do czasu. Pewien socjolog sformułował tezę, że każda kultura posiada siedem głębokich wartości, m.in. stosunek do przyrody, do historii, do ludzi itd. W Kanadzie rozmawiając o II wojnie światowej, czyli czymś bardzo ważnym dla Europejczyków, można usłyszeć pytanie "po co w ogóle o tym myślisz, trzeba iść do przodu, a nie grzebać w starych śmieciach". A przecież dla nas, to jest bardzo ważne doświadczenie. Ze starych błędów chcemy wysnuć wnioski na przyszłość. Przeszłość nie jest tam taka ważna, liczy się teraźniejszość i przyszłość.

Drugą rzeczą, która może być zaskakująca jest stosunek do ludzi. W Kanadzie i Ameryce mówi się, że Europejczycy są jak kokosy - trudno się z nimi zaprzyjaźnić, ale gdy przebije się już tę skorupę, to możemy stać się prawdziwymi przyjaciółmi. Za to Amerykanie są jak brzoskwinie - bardzo miękcy na zewnątrz, łatwo się z nimi zaprzyjaźnić, ale trudno dotrzeć do ich prawdziwego środka.

W Ameryce ma się przyjaciół od wszystkiego: od tenisa, od golfa, od chodzenia na ryby. Ciekawe jest to, że oni nie mieszają tych przyjaciół. Z przyjacielem od gry w golfa nie chodzi się na ryby, itd. Czyli znajomi od różnych rzeczy. To wynika z innego spojrzenia na świat i nie można tego wartościować. Po prostu jest inaczej, co może początkowo sprawiać trudności podczas adaptacji w nowej kulturze.

Czy Kanada jest bardziej europejska czy bardziej amerykańska jeśli chodzi o tę socjalną stronę życia? Czy jeśli Ci się coś nie uda można liczyć na system?

Kanada różni się od Ameryki, jest "nieco bliżej" Europy, jest bardziej socjalna - na przykład służba zdrowia jest całkowicie darmowa. Kanada jest jednym z nielicznych krajów na świecieobok Korei Płn., Kuby i Dżibuti gdzie istnieje monopol publicznej służby zdrowia.

I to działa?

Kiepsko. Co prawda wszystko jest za darmo, ale trzeba długo na wszystko czekać, na badania, na wizytę u specjalisty Są więc dobre i złe strony. Z kolei w gospodarce jest znacznie więcej liberalizmu niż w Europie - o wiele łatwiej założyć małą firmę, jest niewielka biurokracja. Ogólnie z urzędami ma się bardzo mało do czynienia.

Co byś przeniosła z Kanady do Polski?

Przede wszystkim brak agresywności u ludzi. Wszyscy są tam wobec siebie mili. Niewyobrażalna jest na przykład sytuacja, kiedy potrącasz kogoś na ulicy i wychodzi z tego pyskówka. To jest niemożliwe. To różni zresztą Amerykanów i Kanadyjczyków. W Stanach na ulicach można taką sytuację sobie wyobrazić.

Jak myślisz z czego to wynika?

Być może to skutek pewnego wychowania. Moźe tego źe pionierzy którzy kolonizowali Kanadę musieli współpracować ze sobą w walce z dziką przyrodą i surowym klimatem. To charakterystyczne, że nastolatki zawsze mówią "dzień dobry Pani", przepuszczają cię w drzwiach, przepraszają, gdy Cię potrącą, i dotyczy to także, powiedzmy "dziwnie ubranych" chłopców.

Brak takiej codziennej agresji, daje poczucie spokoju i komfortu psychicznego. Pozwala się zrelaksować.

Dziękuję za rozmowę.

Wywiad ukazał się także na stronach Wydawnictwa MUZA.

 

 

środa, 18 lipca 2007
Londyn nie jest multikulti

Rozmowa z Helen Oyeyemi,
autorką książki "Mała Ikar"


Helen Oyeyemi w warszawskiej siedzibie British Council, photo: Artur Kowalczyk blog.literacki
To zdjęcie jest dostępne na licencji Creative Commons.

Artur Kowalczyk [blog.literacki]: Przede wszystkim gratuluję Pani książki, która odniosła sukces w 17 krajach świata.

Helen Oyeyemi: Dziękuję. Rzeczywiście książka odniosła sukces, ale zupełnie tego nie oczekiwałam.

Pisze Pani haiku?

Nigdy nie byłam w tym specjalnie dobra, zawsze udawało mi się dociągnąć do połowy strony, a to jest zdecydowanie za krótko.

A co z Szekspirem? Rzeczywiście tak wcześnie zaczęła go Pani czytać?

Moja mama miała kolekcję dzieł Szekspira, ale ja go tylko przy sobie nosiłam, zaczęłam go czytać dopiero w wieku 12 lat. [śmiech]

A o czym są dwie Pani sztuki, które już Pani napisała [nie wyszły po polsku]?

W jednej ze sztuk występuję trójka bohaterów. Jeden z nich zabija wieczorem kobietę, a ona kolejnego poranka zmartwychwstaje, co powoduje, że on zabija ją po raz kolejny następnego wieczoru, co powtarza się wielokrotnie. Zabijana bohaterka nie jest jednak świadoma całej sytuacji. W drugiej sztuce bohaterką jest dziewczyna, która nigdy nie wychodzi ze swojego pokoju, ponieważ sądzi, że wtedy dozna krzywdy od swoich wrogów.

Makabryczne te Pani sztuki.

Uwielbiam to!

To widać w książce "Mała Ikar", która wyszła po polsku. Jess - główna bohaterka - jest tam postacią traumatyczną.

To jest to, co lubię, czytam książki, które mnie przerażają. Pokazuję bohaterów przez to, co ich przeraża, a nie przez to, co lubią robić (np. słuchać muzyki).

Czy Jess jest Pani literackim alter ego?

Ona jest bardziej inteligentna, niż ja byłam w jej wieku i jest także znacznie bardziej spostrzegawcza.

Ale wątki autobiograficzne są obecne w Pani książce?

Absolutnie nie! Czytelnicy zagłębiając się w lekturę szukają tych wątków, a główna bohaterka jest tylko efektem mojej wyobraźni.

Może dlatego tak myślą, bo książka jest nieźle napisana?

[śmiech]

Czy dobrze się Pani czuje w Londynie?

Nie, zdecydowanie nie! Dlatego zresztą postanowiłam przeprowadzić się do Nowego Jorku. Gdy byłam tam [w NY] po raz pierwszy czułam się w tym mieście bardzo dobrze. Nowy Jork tryska życiem. Ani w Londynie, ani zresztą w całej Wielkiej Brytanii, nigdy dobrze się nie czułam.

Z czego wynika Pani awersja do Londynu? Z wielu przekazów, rozmów wysnuwałem wniosek, że generalnie stolica Wielkiej Brytanii jest lubiana, jest kolorowa, mulitkulturalna.

W ogóle się z tym nie zgadzam. Uważam, że Londyn wcale nie jest miastem kosmopolitycznym. To jest jedno wielkie nadęte kłamstwo. Mieszkałam w komunalnym osiedlu i byli tam przedstawiciele naprawdę różnych kultur, niektórzy twierdzili, że to było takie multikulturowe miejsce. W momencie kiedy cokolwiek się działo, to pierwsze co robili, to wytykali się palcami i wzajemnie obwiniali. To nie miało wielokulturowego charakteru i pokazywało nie integrację, ale ogromne podziały. Wydaje mi się, że inne miasta bardziej zasługują na miano wielokulturowych.

Miasta w Wielkiej Brytanii?

W ogóle nie chodzi mi o Wielką Brytanię. Brytyjczycy mówią, że są tacy kosmopolityczni, multikulturowi, by osiąść na laurach i nie robić niczego w tym kierunku.

Może chodzi Pani o słynny angielski podział klasowy?

Na pewno łatwiej się odnaleźć kiedy ma się więcej pieniędzy.

Ta reguła rzeczywiście sprawdza się wszędzie. Czy w Nowym Jorku już Pani mieszka czy dopiero planuje Pani wyprowadzkę z Londynu?

Przeprowadzam się w sierpniu.

Będzie tam Pani studiować nauki polityczne, jak napisał wydawca na okładce książki?

Nie, nie, nauki polityczne właśnie ukończyłam na uniwersytecie w Cambridge.

Co w takim razie zamierza Pani studiować w Nowym Jorku?

Creative writing.

To, zdaje się, jest bardzo popularny kierunek studiów w krajach anglosaskich, na kontynencie (w Europie) zdecydowanie mniej?

W Europie kontynentalnej uważa się, że nie można uczyć pisania?

Szczerze mówiąc nie wiem, co jest powodem mniejszego zainteresowania, w każdym razie nie spotkałem się z nadmierną ilością tego typu kursów uniwersyteckich.

Ja chciałabym właśnie to rozbić.

Ile czasu trwa nauka?

Dwa lata.

Czy będzie się Pani uczyć m.in. historii literatury? Pytam, bo trudno mi sobie wyobrazić kurs kreatywnego pisania. Czy są tam jakieś elementy z teorii literatury?

Aby otrzymać dyplom ukończenia, trzeba przedstawić swoją pracę, nad którą pracuje się przez cały okres nauki, głównie na zajęciach warsztatowych. Mogą to być zbiory opowiadań, nowele, ewentualnie powieść. Podczas zajęć studenci je omawiają. Oprócz tego są regularne zajęcia teoretyczne, gdzie można zajmować się np. literaturą gotycką czy strukturą narracji.

Wybiera się Pani do Ameryki, wiele lat temu przyjechała Pani do Londynu z Nigerii. Jak wygląda nigeryjska literatura? Czy Europa ma na nią jakiś wpływ? Tu w Polsce nie mamy o niej żadnego pojęcia.

Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że zarówno przed jak i po odzyskaniu przez Nigerię niepodległości dzieci uczyły się w szkołach po angielsku. Już to samo w sobie miało więc ogromne znaczenie. Jeśli chodzi o powieść, to wydaje mi się, że jest to czysto europejski wynalazek. W Nigerii opowiadania i historie przekazuje się ustnie. Jeśli więc ktoś sięga po pióro i pisze, to już to jest wpływem Europy.

A czy jest jakaś instytucja, która dba o literacką spuściznę Nigerii, coś w rodzaju biblioteki narodowej?

To jest dość bolesny temat. Mieliśmy taką bibliotekę, ale niestety Brytyjczycy ją spalili. Ludzie do tej pory czują ogromną złość z tego powodu.

To rzeczywiście okropne.

Fakt. Ale jesteśmy w British Council [w warszawskiej siedzibie] więc nie powinniśmy się uskarżać [śmiech].

Wracając do pani powieści - ile jest w niej nigeryjskości i czy to ten właśnie wątek przyczynił się do jej sukcesu? Pytam o to, bo wydaje mi się, że jesteśmy w takim momencie pewnej mody na literaturę afrykańską, a z pewnością na powieści z Azji.

Nie wydaje mi się, żeby nigeryjskość tej powieści odgrywała zbyt istotną rolę. Mogę to powiedzieć wysnuwając wnioski po spotkaniach z czytelnikami, z którymi spotykam się właściwie w każdym kraju. Kiedy mówią o tej książce podnoszą inne elementy np. motyw straconej siostry bliźniaczki, samotności, tego typu rzeczy. To wydaje się być ważniejsze niż sama nigeryjskość powieści. Oczywiście, gdy rozmawiam z Nigeryjczykami, to oni koncentrują się na wątkach nigryjskich. Być może poprzez ten wątek trafiłam do nieco większej liczby czytelników, ale nie wydaje mi się, żeby to było najważniejsze.

A propos powieści z Azji; przyznała się Pani, że zna Tasha Aw?

Tak, jesteśmy przyjaciółmi. Jedliśmy niedawno wspólnie lunch.

A wydawało mi się, że Londyn to wielkie miasto...

Nie jest takie wielkie z punktu widzenia pisarzy [śmiech].

Kto by pomyślał, tworzycie mafię młodych pisarzy?

[śmiech]

Czy często podróżuje Pani do Nigerii?

W ciągu ostatnich 4 lat w ogóle tam nie byłam.

A poprzednio? Pamięta Pani swoje przenosiny z Nigerii do Londynu?

Przenosin do Anglii w ogóle nie pamiętam. Do Nigerii jeździłam w każde wakacje, ale od kiedy wyszła moja książka boję się tam jechać.

Dlaczego?

Czułam się trochę onieśmielona, bo o mojej książce pisały gazety, wszyscy o niej mówili.

Pozytywnie czy negatywnie? Jakie były recenzje?

To nawet nie były recenzje tylko uwagi na temat moich zarobków. Wszyscy mówili jaką to niby stałam się zamożną osobą.

To trochę dziwne. Nigeria jest przecież zamożnym krajem Afryki?

Kraj jest niezwykle wprost skorumpowany. Osoby, które mają jakiś dostęp do pieniędzy rządowych są bardzo bogate. reszta niestety jest biedna.

Oprócz książki, którą wydano w Polsce wyszły też Pani dwie sztuki. Czy one również trafiły do Nigerii?

Nie zostały tam wydane, ale są dostępne po angielsku poprzez brytyjskiego wydawcę.

Rzeczywiście wszyscy w Nigerii swobodnie używają angielskiego?

Poza jakimiś zupełnie odseparowanymi wioskami. Każdy, kto choć trochę był edukowany porozumiewa się po angielsku - to spuścizna kolonialna. To chyba najlepsza rzecz jaką mamy dzięki kolonializmowi - ludzie z różnych części Afryki mogą się ze sobą porozumieć.

Dziękuję za rozmowę.


Bardzo dziękuję Pani Małgorzacie Koczkodaj za tłumaczenie naszej rozmowy.



Okładka polskiego wydania "Małej Ikar".



Wydanie polskie:
WAB 2007

Przekład:
Jolanta Kozak

Tytuł polskiego wydania
(2007):

Mała Ikar

Tytuł oryginału (2005):
The Icarus Girl


Zdjęcia pisarzy w serwisie Flickr.

 

czwartek, 12 lipca 2007
Sarkozy, jak go rozgryźć?

Rozmowa z Catherine Nay,
autorką książki "Sarkozy. Pragnienie władzy".




Catherine Nay (z prawej) w redakcji "Gazety Wyborczej" - 9.07.2007, photo: Artur Kowalczyk blog.literacki
To zdjęcie jest dostępne na licencji Creative Commons.


Okładka polskiego wydania. Książka ukazała się w Polsce
zaraz po edycji francuskiej.



W Internecie:

Afera Clearstream (pl.)
Sarkozy i media (pl.)
Strony Sarkozego (fr.)
Strona polskiego wydawcy

Zdjęcia Catherine Nay






Artur Kowalczyk [blog.literacki]: Przede wszystkim chciałbym Pani pogratulować książki. Czy po polsku wyjdą także Pani poprzednie biografie [Catherine Nay napisała biografie prezydentów Mitterranda, Giscarda d'Estaing i Chiraca]?

Catherine Nay: Dziękuję. To raczej pytanie do mojego wydawcy [śmiech].

Jesteśmy świeżo po francuskich wyborach prezydenckich [czerwiec 2007, prezydentem został Nicolas Sarkozy], czy nowy prezydent wniesie do Unii Europejskiej nową siłę, energię; czy jego styl rządzenia będzie przypominać początki rządów Tonego Blaira w Wielkiej Brytanii dekadę temu?

Jeszcze nie umiem odpowiedzieć Panu na pytanie czy on rzeczywiście będzie taką siłą w Unii Europejskiej, ale możemy powiedzieć co zrobił do tej pory. Na przykład na szczycie G8, na którym podpisano Protokół z Kioto, był głównym aktorem tego spotkania. Tam widać było jego dynamikę, energię, którą wkładał w to spotkanie. Na ostatnim szczycie europejskim poddał pomysł minitraktatu [Unii Europejskiej], dzięki czemu doszło do ugody. Zanim szczyt w ogóle się zaczął, odwiedził kilka europejskich stolic. Rozmawiał z Tonym Blairem, z Hiszpanami, a także z Polską. Nawet jeśli później doszło do pewnych przesunięć, dyskusji, to osiągnięto kompromis, który zainicjował prezydent Sarkozy.

Przez ostatnie 5 lat zajmował się sprawami francuskimi - właściwie prowadził już kampanię wyborczą. Trzeba w tym miejscu powiedzieć, że specyfiką francuskich prezydentów jest pewne opóźnienie w zajmowaniu się polityką zagraniczną. Dopiero po trzech miesiącach od wprowadzenia się do Pałacu Elizejskiego zaczynają zajmować się sprawami zagranicznymi i bardzo dużo o niej wtedy mówią.

Sarkozy kiedy ma okazję spotykać się i rozmawiać jak partner z partnerem z wielkimi tego świata, to jest to dla niego bardzo ekscytujące. Na przykład dzisiaj [9 lipca 2007 r.] jest na spotkaniu eurogrupy, choć wystarczyłaby obecność samej minister finansów. Jutro zaś udaje się do krajów Maghrebu. To pokazuje jego aktywność.

To pokazuje, że Europa ma jednak szansę na dynamicznego prezydenta kluczowego dla Unii kraju. W tym kontekście warto też przypomnieć, że prezydent Sarkozy ma dość sprecyzowane poglądy na wygląd samej Unii - np. w kwestii jej rozszerzenia, a właściwie zamknięcia drzwi przed Turcją.

Faktycznie, jest to ktoś poza wszelkimi normami jeśli chodzi o energię, dynamikę. To jest coś nieprawdopodobnego - on od 5 lat nie ustaje w swoich działaniach. Najpierw jako minister spraw wewnętrznych, kiedy to właściwie codziennie o nim mówiono. Ciągle był na pierwszym planie zasłaniając nawet premiera. Mówiło się tylko o nim. W 2003 roku zaproponował swoją kandydaturę na prezydenta i uznano wtedy, że zanim te wybory się odbędą, to on się wyczerpie, sam się wykończy. Tak się nie stało.

Obserwuję polityków francuskich z racji mojego zawodu już od wielu, wielu lat. Oczywiście są politycy mniej i bardziej inteligentni, ale to co wyróżnia prezydenta Sarkozego, to rzeczywiście jego niespożyta energia; i właściwie nie wiem jak to jest. Czy to ten jego dynamizm napędza ambicję czy raczej ambicja dodaje mu ciągle nowej energii.

Tę jego energię dostrzegły niemieckie media, które informowały, że nowy francuski prezydent "zberluskonizował" scenę medialną we własnym kraju. Mówiąc wprost: ma ogromne nieformalne wpływy w mediach . Czy Pani dostrzega takie zjawisko?

Nie zgadzam się z tym. Kiedy czyta się francuską prasę to widać, że "Le Monde" jest przeciwko Sarkozemu, "Liberation", który jest dziennikiem lewicowym, również występował przeciwko Sarkozemu. Prawicowy "Le Figaro", ma zbieżne poglądy z prawicowym prezydentem, ale to nie znaczy, że dziennikarze są ograniczani. Jeśli chodzi o telewizję, to pierwszy kanał, który jest stacją prywatną, podchodzi do tych spraw - powiedzmy - dość koniunkturalnie. Natomiast telewizja jest nastawiona anty. Jeszcze ważna uwaga: podczas kampanii prezydenckiej stacje telewizyjne były raczej nastawione przychylnie w stosunku do Ségolene Royal.

Czy w trakcie pisania książki miała Pani nieograniczony dostęp do Nicolasa Sarkozego?

Tak. Ale książkę pisałam podobnie jak biografię prezydenta Mitterranda. Uważam, że wtedy, gdy człowiek ma ambicję dojścia do władzy i kiedy pisze się o nim książkę, to nie z nim trzeba rozmawiać. Trzeba rozmawiać z ludźmi, którzy mają jakieś spojrzenie na postać, którzy mają poglądy na daną osobę. Rozmawiałam z ponad 300 osobami. Z obecnym prezydentem rozmawiałam tylko wtedy, gdy pojawiały się kwestie wątpliwe i trzeba było rozwiać wątpliwości. Wtedy dochodziło do takich spotkań. Natomiast nie jest to książka, napisana na podstawie rozmów z prezydentem Sarkozym.

Jak długo trwało pisanie tej książki?


Dwa lata.

To chyba niezbyt długo, biorąc pod uwagę liczbę spotkań i rozmów jakie musiała Pani odbyć?

No, mimo wszystko... Miałam już wiedzę z tego obszaru, bo napisałam wiele rzeczy na temat relacji Chiraca z Balladurem i w ogóle na temat francuskiej prawicy. Background był więc już przygotowany. Chodziło o uściślenia i rozmowy. Codziennie zresztą notuję wiele rzeczy, szczególnie po spotkaniach z różnymi osobami.

Właściwie w przypadku tej ostatniej książki, to miałam sporo szczęścia. Sarkozy nie jest tylko postacią polityczną, to postać z ogromnymi ambicjami - o tym jest ta książka - i jednocześnie człowiek uzależniony od swoich uczuć. To człowiek, który cierpiał, dochodził do władzy i jednocześnie próbował odzyskać swoją żonę. To jest po prostu historia człowieka.

Na koniec chciałbym zadać pytanie o aferę Clearstream , o której ostatnio donosiły także media w Polsce, a o której Pani pisze w swojej książce. Czy jej finał będzie miał negatywne konsekwencje dla byłych wysokich francuskich urzędników i polityków?

Nie wiadomo, ale na pewno uderzy w Dominique'a de Villepin, który jest w tej sprawie podejrzany. Wczoraj miały miejsca przeszukania, to jest świeża sprawa. Jest wiele podejrzeń. Jeśli to wszystko okaże się prawdą, to będzie to człowiek moralnie bardzo dotknięty. Nie wiadomo czy on będzie się mógł z tego wszystkiego podnieść. Na pewno sam sobie zrobił wielką krzywdę.

Dziękuję za rozmowę.


Zdjęcie(foto): Artur Kowalczyk blog.literacki,
warunki licencji:

Creative Commons License

Zdjęcie dostępne na
licencji Creative Commons.


 
1 , 2 , 3 , 4